Comeback, coming-out i Gabor Mate

Jakoś muszę usprawiedliwić moją tutaj nieobecność przez ponad półtora roku. Jakoś chcę wytłumaczyć dlaczego namiawiałam Was do lektury, promowałam posty, a potem zniknęłam z początkiem pandemii i powracam po jej piku. Na początku tego czasu likwidacji życia codziennego, takiego jakim je dotychczas znałam, obejrzałam wykład prof. Kuligowskiego z UAM o tym jak kwarantanna może być swoistym rytuałem przejścia. Wykolejenie z utartych trajketoriów życia, odcięcie od tego co znajome i wejście w niejasną przestrzeń „pomiędzy”, w której dokonuje się transformacja w stronę nowego ja – ja, którego jeszcze nie było. Teraz mogę powiedzieć, że jestem wdzięczna za ten czas, choć przestrzeń „pomiędzy” przetarzała mnie koszmarnie przez otchłań mnie samej, w której spotykałam się ze wszystkim tym, co skrupulatnie wrzucałam pod dywany, szafy i inne zakamarki mojej psychiki przez długi czas. Ale z tego tańca z Cieniem wychodzę chyba jako tako cała, troche przeorganizowana, na pewno dużo bardziej pogodzona ze sobą. Może kiedyś opowiem więcej o szczegółach tej podróży. A może nie. O jednym jednak chcę Wam opowiedzieć i mam nadzieję kontynuować tę opowieść w kolejnych postach, a mianowicie o cieniu największym i najbardziej wstydliwym, chowanym w kąty najgłębsze, przykrywanym filtrem „jestem normalna” i personą „jestem dzielna”, czyli uzależnieniu.

Kiedy dawno, dawno temu porzuciłam alkohol, wydawało mi się, że najgorsze mam ogarnięte. Kiedy na wiosnę tego roku przeczytałam „Bliskie spotkania z uzależnieniem”, Gabora Mate (jeszcze w wersji angielskiej), to poczułam głęboko jak bardzo to było nieogarnięte, a może przede wszystkim nieprzytulone, niezaopiekowane, ciągle jeszcze ukrywane, a jeśli wyjawiane to najczęściej w krótkim, wstydliwym zdaniu, po którym często zapadała ciężka cisza. Nie było tak, że nikt nie wiedział – większość znajomych, rodziny, a nawet ludzi w pracy coś tam wiedziało. Miałam parę swoich coming-outów mniejszych i większych, ale ta potężna część mnie, integralna właściwość mojej natury (bo przecież na alkoholu się nie skończyło!) była dla mnie wciąż powodem do wstydu oraz wyrokiem na całe życie. Wyrokiem, bo to się poniekąd nigdy nie kończy, bo wydaje się, że zawsze już człowiek będzie musiał ze sobą walczyć, że nawet za milion godzin odbytych medytacji, pracy z ciałem, terapii i bóg wie czego jeszcze nie będzie „normalny”.

No i cóż ten trochę mrocznie wyglądający Gabor mi takiego zrobił, że mi lżej? Coż takiego napisał, że zaczęłam odpuszczać sobie poczucie winy oraz najkoszmarniejsze ze wszystkich marzeń – to o normalności. Co to takiego, co pozwoliło mi zdystansować się do społecznego potępienia, aż do tego stopnia, że piszę teraz ten coming-outowy tekst? On mi odpuścił. Dał mi odpust zupełny i na wieki wieków amen, ale nie znakiem krzyża, chlustem wody święconej czy chmurą kadzidła. Odpuścił mi, bo strona po stronie i rozdział po rozdziale, cierpliwie i wnikliwie tłumaczył mi jak działam, jak działałam zanim sięgnęłam po pierwszego papierosa czy kieliszek i jak kiedy już po nie sięgnęłam i sięgałam regularnie. Odpuścił mi mówiąc jak funkcjonuje mój mózg i jak sprawia, że moja wolna wola nigdy nie była tak naprawdę wolna, co pozwoliło mi wreszcie uwierzyć, że nie jestem może słabym ogniwem, człowiekiem wybrakowanym i gorszym. Opowiedział mi o moim układzie nerwowym i o tym jak zamarznięty w przeszłości, usztywniony przez traumy, szuka uregulowania wszystkimi możliwymi sposobami.

Z tej perspektywy to hiper silne pragnienie ulgi, chwili relaksu, uwolnienia od napięcia stało się w pełni uprawnionym i ważnym dążeniem, które próbowałam zaspokoić w dostępne mi na różnych etapach życia sposoby. I że te sposoby były – na krótka metę – samoleczeniem. Na ten moment życia i przy tych zasobach jakie miałam, dawały mi ulgę, radość, możliwość połączenia z drugim człowiekiem, do których nie miałam dostępu bez nich. Bardzo intensywnie uświadomiłam sobie, że bez tych wszystkich rozgrzewających ciało i dusze haustów czy rozkurczających płuca zaciągnięciach ostrym dymem, mogłoby mnie tu już nie być. A nawet jeśli bym była, to pewne okresy mojego życia byłyby dużo smutniejsze, może jeszcze trudniejsze? A może nie, może wcześniejszy kryzys doprowadziłby mnie do wcześniejszego wyzdrowienia? Nie wiem i nigdy się nie dowiem, ale pewność mam w jednej kwestii – sięgam po substancje, bo coś mi dają, bo na krótką chwilę pozwalają uwolnić się od wszechobecnej w ciele i umyśle traumy, bo chociaż na moment pozwalają znów poczuć, że żyję, czuję i że całkiem jeszcze to wszystko nie straciło sensu. I że nie można nikogo winić za to, że próbuje sobie pomóc, nawet jeśli ostatecznie doprowadza go to do strasznej zależności od substancji czy zachowania, której w żaden sposób nie próbuję tu gloryfikować. Po prostu ta substancja daje nam coś bardzo ważnego, co dawno utraciliśmy lub czego nigdy nie mieliśmy, a pragniemy tak mocno, że sięgamy po nią nawet wtedy gdy ewidentne są jej destrukcyjne konsekwencje.

Dostępne w naszej kulturze narracje i sposoby myślenia o uzależnieniu mówią jasno i wyraźnie: jesteś słaba i dlatego sięgasz po to, po co sięgasz; uciekasz i dlatego siegasz po to, po co sięgasz. Uciekasz… też tak zawsze o sobie myślałam – że jestem wielką uciekinierką – od odpowiedzialności, od faktów i twardej rzeczywistości. Twardej rzeczywistości – na litość boską, kto i kiedy zadecydował, że ona w ogóle ma być twarda?! Kto wpadł na ten genialny pomysł, że ludzie są istotami twardymi, że życie ma być trudne, a jak sobie nie radzisz, to tylko twoja wina, jesteś słabym ogniwem, odpadasz. Geniusz! I to geniusz z bardzo słabym zmysłem obserwacji, bo starczy spojrzeć tu i ówdzie – zagapić się na małe bezbronne, ludzkie dziecko chociażby, by zrozumieć, że istotą naszego człowieczeństwa jest wrażliwość i współzależność i że gdy te są przekraczane i poniewierane, tracimy kontakt ze sobą, światem i zaczynamy obwarowywać się murem, budować zbroje i widzieć ludzi jako nieprzyjaznych, a rzeczywistość, jako twardą. No więc tak – jestem i będę uciekinierką od twardej rzeczywistości, bo się po prostu na taką nie godzę. I po to właśnie ta substancja – żeby powtórnie połączyć się ze sobą sprzed murów i zbroi, żeby wyrwać twardej rzeczywistości chwilę, w której znów będę znów miękka, wrażliwa i współzależna. I to są wszystko ważne potrzeby, o które w dostępny nam sposób próbujemy zadbać.

Kiedy tak pomyslę o swojej kondycji, kiedy jakiś autorytet ugruntuje moje intuicje w wiedzy, to oddycham trochę swobodniej, to robi się przestrzeń, w której jestem OK z tym jaka jestem, a przede wszystkim jaka byłam, nie dlatego, że się usprawiedliwiam, ale dlatego, że uznaje swoje człowieczeństwo we wszystkim czym byłam, co robiłam i jak czułam – to jest moment odzyskania godności. I sprawczości zarazem, bo widzę wtedy, że moje działania miały głęboki sens i choć nie przyniosły długofalowo efektów, których tak naprawdę pragnęłam, to na pewno dały chwile ulgi, zabawy czy po prostu kontaktu.

Jest jeszcze jeden tajny składnik tej książki, który moim zdaniem sprawia, że ma ona wielką moc oddziaływania. Te wszystkie badania naukowe, cała ta wiedza medyczna, socjologiczna, psychologiczna, ba, nawet jego wieloletnie doświadczenie pracy z osobami z ciężkim uzależnieniem nie miałyby może same w sobie aż takiej siły rażenia, gdyby nie to, że on sam jest osobą uzależnioną. Dzielenie doświadczenia z czytelnikami i czytelniczkami i z wszystkimi tymi, o których pisze sprawia, że nie ma w „Bliskich spotkaniach” zwyczajowego naszej kulturze oddzielenia od tematu, o którym traktuje. Mate nie staje na zewnątrz doświadczenia uzależnienia ze swym szkiełkiem i okiem i nie objaśnia nam rzeczywistości ex cathedra. Dzieli się swoją wiedzą i doświadczeniem, pozostając w głębokim kontakcie ze swoimi własnymi przeżyciami, ugruntowanymi w ciele i odsłanianymi z wielką odwagą i pokorą. I takiego człowieka się słyszy.

Tak był mój czas „pomiędzy” – bardzo o porzucaniu wstydu, o przytulaniu tych części siebie, które długo nieprzytulone marzły w samotności, w związku z tym o wychodzeniu do świata z większą odwagą w pokazywaniu o sobie tego, co najgłębiej i co w największej ciemności się dotychczas kryło. No bo o czym, jeśli nie o tym są „Ukryte Narracje”.


Gabor Mate, Bliskie spotkania z uzależnieniem, Warszawa, 2021

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: